Rozmowa z noblistką: Swiatłana Aleksijewicz w wywiadzie dla Biełsatu

Tworząca po rosyjsku białoruska pisarka opowiedziała nam o języku białoruskim, zagrożeniach ze strony Rosji i losie Kuropat. Oraz o tym, co myśli o Alaksandrze Łukaszence, który jej zdaniem „zatracił instynkt zwierzęcia politycznego”.

– Jest Pani tak naprawdę znana na całym świecie z tego, że w swoich utworach poprzez losy ludzi ukazuje Pani przejawy totalitaryzmu. A to, co w ostatnim czasie, w ostatnich tygodniach obserwujemy na Białorusi – zatrzymanie ponad stu przedstawicieli mniejszości romskiej tylko ze względu na przynależność etniczną – czy to nie są przejawy nawet nie autorytaryzmu, ale właśnie totalitaryzmu?

– To nasze zwykłe życie codzienne. Żyjemy pośród przemocy. Wyrywa się krzyże z grobów ofiar, które zginęły w czasach GUŁAG-u. Następnego dnia prześladuje się Cyganów dlatego, że komuś wydawało się, że mają coś wspólnego ze śmiercią milicjanta. Tak władze ukrywaką swoją bezradność.

Ale to nic nadzwyczajnego. Jak daleko sięgam pamięcią, w naszym kraju od zawsze tak żyjemy. To oczywiście jest totalitaryzm, który się umacnia i który rozwija się według swojej klasycznej formuły. Niczego nowego – ani entuzjazmu, ani zdziwienia – nie może to wywoływać.

– Mówiąc o tym, że władza wyrywa krzyże, miała Pani na myśli Kuropaty. To właśnie Pani proponowano kiedyś pokierowanie państwową komisją ds. ustanowienia w Kuropatach oficjalnego pomnika, ale odmówiła Pani. Dziś przykro jest patrzeć na to, co się tam dzieje, sprawia to po prostu ból. Może Pani wytłumaczyć czy jest w tym jakiś racjonalny motyw ze strony władz?

– Absolutnie. Takiej władzy jest niezbędna totalna kontrola. A totalna kontrola wymaga stałego zasilania. Żeby trzymać ludzi w niewolniczej pokorze i w strachu. W przekonaniu, że wszechwidzące oko cały czas cię śledzi i pamięta. A każdy krok w bok kończy się właśnie w taki sposób. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego – to klasyczna forma totalitaryzmu.

– Ale wydawałoby się, że podnieść rękę na krzyż, kiedy już od tylu lat nie ma komunizmu… Przecież władze wywołały konflikt nawet z wiernymi – ostro wystąpił przeciwko temu Kościół katolicki. Po co władzy zbędne konflikty?

– Myślę, że te krzyże w Kuropatach, które runęły, są świadectwem tego, że Łukaszenka traci grunt pod nogami.

Na pewno jest teraz zagubiony, na pewno przejawia swoją mściwość – za to, że sam jest gdzieś poniżany. Widocznie jest to związane z tym, jak go traktuje Putin, który domaga się zjednoczenia. I ten jego instynkt zwierzęcia politycznego zaczyna go zawodzić.

Wydaje mi się też, że te wywrócone na ziemię krzyże w Kuropatach pokazały jeszcze jedno: ile byśmy pytali ludzi na ulicach, to żaden człowiek tego nie poparł. Ani jeden człowiek nie znalazł (tak jak zazwyczaj) jakiegoś wytłumaczenia. To świadczy o tym, że Łukaszenka traci grunt pod nogami.

– A w ubiegły piątek jego biuro prasowe poinformowało, że prezydent jadąc do jakiegoś obiektu Igrzysk Europejskich, zatrzymał się w Kuropatach i surowo nakazał, żeby nic tam nie robić bez zgody władz. Po dziesięcioleciach zaniedbań i niepamięci władza przejmuje teraz inicjatywę. Ale widzimy, jak to robi – niszcząc krzyże i pamięć narodową…

– Kiedy jest się tak poniżanym, kiedy traci się grunt pod nogami, to potrzebne jest poczucie jakiejś satysfakcji. Takie odreagowanie w sensie psychologicznym. I na tym obszarze, w tej przestrzeni, którą nazywa się Białorusią i narodem białoruskim, Łukaszenka czuje się gospodarzem. I chodziło pewnie o to, żeby powiedzieć: „Ja tu jestem gospodarzem, wszystko jest na miejscu”.

Dziwię się, że jest on gotów poniżać własny naród i kłócić się z nim akurat w tym czasie, gdy Białorusi grozi naprawdę wielkie niebezpieczeństwo.

Nasze relacje z Rosją znajdują się pod dużym znakiem zapytania. I nie wiadomo, czym to się skończy i czego chce to ogromne państwo, które jest silne tylko poprzez militaryzm, oddając swoją krew.

Dlatego dla mnie dziwne jest takie zachowanie polityka dużego kalibru, jeśli mogę się tak wyrazić.

– Widzi Pani zagrożenie ze strony Rosji?

– Tak, bezsprzecznie. To znajduje się w polu jej interesów. To odpowiada jej imperialnej samoświadomości. Klęską stała się wojna w Donbasie, skomplikowały się sprawy na Krymie. I trzeba czymś to podkarmiać.

– Na początku naszej rozmowy powiedziała Pani, że totalitaryzm na Białorusi się rozwija. Ale czy jest jakaś nadzieja na lepsze?

– Widzę tylko jedną nadzieję: że gdzieś rośnie nasz Zełenski. Że może dorasta gdzieś młody człowiek z zupełnie innego pokolenia, o innych wyobrażeniach i innych poglądach. Nie ma on już w głowie tych czołgów, tych rakiet, zupełnie inaczej wyobraża sobie przyszłość – taką, jaka powinna ona być. Tylko w tym jest nadzieja.

Ci tutaj, jakkolwiek by tam grali w hokeja i w piłkę nożną, nie mogą zatrzymać czasu…

– Mówiąc o zagrożeniach ze Wschodu pamiętajmy, że w tym roku na Białorusi odbędzie się powszechny spis ludności. Znów będą nas pytać, kim jesteśmy, za kogo się uważamy, jaki jest nasz język… Jeżeli to nie tajemnica, proszę nam powiedzieć, jak określi Pani swój język ojczysty?

– Oczywiście, że jestem Białorusinką. I mój język ojczysty to białoruski, chociaż w nim nie rozmawiam. Dlatego, że praktykę w ciągu całego mojego życia stanowił język rosyjski i kultura rosyjska. Ale czuję się Białorusinką na białoruskiej ziemi.

To moja ziemia. Mój ojciec był stąd… I ja znam życie tylko tutaj, mimo że mieszkałam też w Europie. Moją ziemią jest Białoruś.

– Pamiętam, że kiedy w 2015 roku odbierała Pani literacką nagrodę Nobla, jak i wielu innych oglądających ceremonię, zastanawiałem się: „A czy przemówi po białorusku”? I przemówiła Pani wtedy po białorusku… Dlatego tym bardziej cieszę się, że również dziś podkreśla Pani rolę tego języka. To przecież również czynnik wpływający na bezpieczeństwo naszego kraju.

– Oczywiście. Im wcześniej w głowach ludzi (właśnie w głowach) odbędzie się proces samoidentyfikacji i każdy nas powie sobie „Jestem Białorusinem, to moja ziemia i ziemia moich dzieci, i ja będę decydować, co tu ma się dziać”, tym wcześniej zmieni się nasze życie.

Rozmawiał Witaut Siwczyk, cez/belsat.eu

Wiadomości