Abchazja: bezbarwna rewolucja

Prezydent separatystycznej Abchazji zmuszony przez uliczne protesty ustąpił ze stanowiska. Ale to nie znaczy, że Moskwa utraciła kontrolę nad swoim protektoratem.

Weekendowa rewolucja obaliła dotychczasowego prezydenta Abchazji, Raula Chadżymbę. Nastroje antyprezydenckie rozgrzewały się już od września i wyborów prezydenckich. Chadżymba, jedna z głównych postaci abchaskiej polityki i gwarant pełnego podporządkowanie marionetkowej, separatystycznej republiki Moskwie miał wielu wrogów. Był oskarżany o sfałszowanie wyborów. Od początku nowego roku w Suchumi protesty narastały. W końcu przeciwnicy Chadżymby zajęli szturmem budynki rządowe.

Abchazja: protestujący wzięli szturmem pałac prezydencki WIDEO

Niektóre media pisały o „mini-majdanie” i kolorowej rewolucji pod nosem Moskwy. W sobotę abchaski Sąd Najwyższy unieważnił ostatnie wybory i wyznaczył datę nowych na 22 marca. Chadżymba w niedzielę ogłosił, że odchodzi. I choć początkowo zapewniał, że może wystartuje w powtórzonych wyborach, to już wczoraj powiedział agencji Interfax, że nie będzie kandydował. To najprawdopodobniej efekt działań Moskwy. W szczycie kryzysu, w sobotę do Suchumi poleciał Władysław Surkow, czyli człowiek Kremla do zadań specjalnych i specjalista od gaszenia pożarów na obszarze rosyjskich wpływów.

Prezydent prorosyjskiej Abchazji ustąpił pod presją opozycji

Zbuntowany protektorat

Nie jest to pierwsze zawirowanie polityczne w Abchazji. W niewielkiej republice w północnej części Gruzji kryzys jest stanem permanentnym i można mieć wrażenie deja vu. W 2004 r. Raul Chadżymba, ówczesny premier, walczył w wyborach o prezydenturę z opozycyjnym Siergiejem Bagapszem. Chadżymba miał wsparcie Moskwy, a Bagapsz był traktowany na Kremlu z podejrzliwością.

Mimo, że Abchazja istniała tylko dzięki rosyjskiemu wsparciu, to rządziła się swoimi prawami. Było jakby więcej swobody. A na pewno rywalizacji w polityce. Tamtejsza opozycja głośno i otwarcie mówiła, że trzeba się usamodzielnić od moskiewskiej kurateli. Przynajmniej politycznie, bo w rzeczywistości Abchazja jest właściwie częścią Rosji. Abchazowie mówią po rosyjsku, płacą rublami, zarabiają w Rosji, bądź dzięki rosyjskim turystom. A ich kraj żyje dzięki dotacjom z Moskwy i jest gospodarzem dla rosyjskiej bazy wojskowej.

Abchazja: wyznaczono termin powtórnych wyborów prezydenckich

Ówczesne wybory wygrał nieznacznie Bagapsz. Chadżymba wyprowadził swoich zwolenników na ulice. Okupowali budynki rządowe, demonstrowali pod komisją wyborczą. Po presją ulicy Sąd Najwyższy zgodził się na powtórne wybory. Przedziwne wybory, bo niedawni wrogowie stanęli do nich… razem. Bagapsz był kandydatem na prezydenta, a Chadżymba na wiceprezydenta. Obaj zdobyli ponad 90 proc. głosów. Nieustannie kłócący się, zajadle walczący ze sobą duet rządził Abchazją kolejne cztery lata. Konsensus był efektem mediacji, a raczej nacisków Moskwy. Rosja miała wtedy na głowie ważniejszy problem: właśnie utraciła wpływy na Ukrainie po „pomarańczowej rewolucji”.

Dla Władimira Putina widmo kolorowej rewolucji w maleńkiej Abchazji byłoby upokarzające. Kiedy w 2009 r. Chadżymba znowu starł się w wyborach ze swoim odwiecznym rywalem, Bagapszem i przegrał, znów oskarżał go o fałszerstwa i nadużycia. Były kagiebista władzę zdobył pięć lat później, kiedy wściekły tłum zajął budynki rządowe w Suchumi, tłukł okna i wyrzucał na bruk urzędników, domagając się zmian. W maju 2014 r. Suchumi przypominało centrum Kijowa sprzed kilku miesięcy, w czasie rewolucji na majdanie. Do Abchazji pilnie poleciał niezawodny Władysław Surkow. Negocjując, przekupując, obiecując i naciskając doprowadził do kompromisu. Aleksander Ankwab, ówczesny prezydent podał się do dymisji. A Raul Chadżymba wygrał przyspieszone wybory prezydenckie. Dziś to jego, tłum chciał wyrzucić z urzędu i rozszarpać. Przezornie więc, Chadżymba ukrył się w swojej daczy pod Suchumi i czekał na ruch Moskwy. Werdykt nie był tym razem dla niego łaskawy.

Abchazja się buntuje. Rosja zaniepokojona

Karaiby Putina

Raul Chadżymba jest dinozaurem abchaskiej polityki. Jego życiorys brzmi zresztą jak klasyka gatunku. W latach 80. Szkoła KGB w Mińsku, potem praca operacyjna w sowieckich strukturach bezpieczeństwa na Kaukazie. W czasie wojny domowej w Gruzji walczył po abchaskiej stronie (wspieranej przez Moskwę, m.in. poprzez zgodę na transfer czeczeńskich najemników do Abchazji). Rosja dążyła do osłabienia Gruzji i utrzymania jakichkolwiek wpływów w regionie. Chadżymba nadzorował służby wywiadowcze i bezpiekę abchaskich separatystów. Na tak newralgicznym polu był łącznikiem z rosyjskimi służbami.

Później, już w separatystycznej Abchazji kontrolował służby celne i graniczne republiki, a potem służby specjalne, armię i w końcu rząd. W położonej na głównym szlaku handlowym i przemytniczym między Zakaukaziem a Rosją Abchazji nadzór nad granicą był najbardziej intratną posadą. Ale i obarczoną ryzykiem wejścia w powiązania ze światem przestępczym. Te były zresztą oczywiste przez bardzo długi czas. Głównym źródłem dochodów Abchazji jest turystyka. Na piękne wybrzeże, z coraz lepszą infrastrukturą, chętnie przyjeżdżają Rosjanie. Darzą ten region sentymentem. Na abchaskim wybrzeżu swoje wille miał Stalin. Abchazję nazywano rosyjskimi Karaibami. Nawet Rosjanie z sąsiedniego Kraju Krasnodarskiego mówią, że w Abchazji jest dużo taniej, niż w rosyjskim Soczi.

Separatyści strzelają celnie. Na własnych MŚ w piłce nożnej

W biznes turystyczny inwestowały struktury przestępcze i oligarchiczne z całej Rosji. W Abchazji inwestował w nieruchomości swoje, ale i moskiewskie pieniądze niegdyś potężny mer Moskwy, niedawno zmarły mer Jurij Łużkow. W dodatku leżąca na szlaku komunikacyjnym między Gruzją, a Rosją Abchazja była jednocześnie przemytniczą autostradą. Kawałek państwa, którego nikt na świecie nie uznaje (poza Rosją, Syrią, Wenezuelą, Nikaraguą i wyspiarskim państewkiem z Pacyfiku, Nauru), a więc nie podlega międzynarodowej jurysdykcji, ma ładne plaże, góry i dobry klimat, jest cenny dla rosyjskich elit. W dodatku za pomocą Abchazji (oraz Osetii Płd.) Rosja naciska na Gruzję i blokuje jej prozachodnie aspiracje. I to wyjaśnia dlaczego Surkow fatyguje się do Suchumi przy okazji każdego kryzysu, cyklicznie wybuchającego wśród rozpolitykowanych Abchazów.

Abchazi obrażeni na Łukaszenkę

Wojny klanów

W listopadzie ubiegłego roku w restauracji „San Remo” w Suchumi doszło do strzelaniny. Zginęło dwóch mafijnych bossów, oraz przypadkowy świadek. Zabójcami okazali się ochroniarze prezydenta Chadżymby. I choć mieszkańcy Abchazji przywykli do gangsterskich porachunków, to tym razem jatka w „San Remo” przelała czarę goryczy. I dodatkowo podgrzała atmosferę protestów przeciw prezydentowi. Chadżymba miał opinię polityka stosującego gangsterskie metody. Nie tylko prześladował konkurentów swoich biznesowych przyjaciół, ale i wyraźnie dyskryminował mniejszości etniczne: Gruzinów-Megrelów, Ormian, a nawet Rosjan.

Najwyraźniej przeszarżował. W Abchazji podzielonej niewidzialnymi dla postronnych podziałami klanowymi bardzo łatwo naruszyć kruchą równowagę sił między klanami i grupami interesu. Tymczasem równowaga została naruszona już w kwietniu ubiegłego roku, kiedy w dziwnych okolicznościach w czasie pobytu w Soczi ciężko zachorował lider opozycji, Asłan Bżanija. Wywodzący się, jak Chadżymba, ze struktur bezpieczeństwa, lider antyprezdyenckiej opozycji był prawdopodobnie otruty. Do szpitala trafił razem z dwoma swoimi ochroniarzami, a rosyjska prokuratura stwierdziła, że przyczyną była infekcja i zapalenie płuc. Opozycja zrobiła swoje badania, w Niemczech i ogłosiła, że Bżanija był otruty.

W Abchazji zaczęło się gotować. Wysłannicy Kremla na razie ugasili kolejny pożar. Nie chcieli wcale ratować Chadżymby. Przeciwnie – mimo, że prezydent miał poparcie Moskwy (spotykał się na Kremlu z Putinem), to coraz częściej był oskarżany przez Rosjan o wywołanie chaosu i o to, że nie radzi sobie. Chadżymba początkowo zresztą deklarował, że będzie startował w przyspieszonych wyborach. Ale najwyraźniej pod naciskiem Moskwy, wycofał się.

Dla Rosjan ważne jest by sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. A czy wygra ten, czy inny klan, czy prezydentem będzie ktoś z tzw. opozycji, która mówi więcej o pozornej niezależności Abchazji, ma mniejsze znaczenie. Otruty Bżanija nie jest abchaskim Wiktorem Juszczenką (również otrutym w czasie „pomarańczowej rewolucji”). Bżanija ma rosyjski paszport w kieszeni i wywodzi się ze służb specjalnych. Protesty w Suchumi nie są też „kolorową rewolucją”, na podobieństwo tych ukraińskich, mimo, że przeplatają się z nimi. Ta rewolucja nie miała koloru – była wyjątkowo bezbarwna.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Wiadomości