10.04.2010: Biełsat relacjonuje Białorusinom katastrofę smoleńską

Tego dnia główne wydanie wiadomości Biełsatu prowadził Alaksiej Dazorcau

Dziesięć lat temu dla wielu wydawców, dziennikarzy i prezenterów zaczął się jeden z najtrudniejszych dni w ich krótkiej karierze pracy w Biełsacie.

Nadająca od trzech lat z Polski na Białoruś telewizja musiała z marszu zrobić relację o jednej z największych tragedii w najnowszej historii Polski. Katastrofy polskiego samolotu rządowego, wiozącego do Smoleńska parę prezydencką i dużą grupę przedstawicieli elity politycznej i państwowej.

Zebraliśmy wspomnienia osób, które zajmowały się wtedy przygotowaniem nadzwyczajnych wydań programów informacyjnych.

Aleksy Dzikawicki to obecnie wicedyrektor stacji, wtedy był szefem działu informacji. Wspomina, że w sobotę 10 kwietnia 2010 r. obudził go telefon od kolegów z zaprzyjaźnionej redakcji Radia Swoboda, którzy pytali, czy może wie coś więcej na temat tragedii.

– Natychmiast włączyłem telewizor i zacząłem się zbierać, pobiegłem do redakcji, gdzie już był wydawca Czarek Goliński. Przerażeni i zdruzgotani sytuacją szybko omówiliśmy, co damy w dzisiejszym wydaniu. Wciąż dochodziły do nas sprzeczne informacje – że ktoś przeżył, że do miejsca wypadku nie dopuszczają dziennikarzy, a ktoś nawet napisał, że może zacząć się wojna…

Dzikawicki wspomina, że ten dzień był nie lada wyzwaniem dla wciąż jeszcze młodego zespołu informacyjnego Biełsatu. Pierwszym pomysłem było dodanie czarnej wstążeczki do logo na ekranie.

– Chcieliśmy ze wszystkich sił pokazać naszą solidarność z narodem polskim w tych strasznych chwilach. Nie mogło być inaczej, bo to przecież właśnie Polacy, państwo polskie, wsparło nas Białorusinów, umożliwiając powstanie i funkcjonowanie na swoim terenie pierwszej niezależnej telewizji w naszym ojczystym języku — dodaje.

Polski dziennikarz Cezary Goliński wspierał wtedy Białorusinów swoim doświadczeniem jako wydawca Obiektywu, głównego programu informacyjnego naszej telewizji. Obecnie jest szefem polskiej strony internetowej Biełsatu. 10 kwietnia 2010 r. przygotowując materiały do nadzwyczajnego wydania, uświadomił sobie, dlaczego Białorusinom i generalnie widzom ze Wschodu trzeba tak dokładnie wyjaśniać, co się wydarzyło i jakie będą tego konsekwencje. Nawet te najbardziej oczywiste.

– Pokazując to, co przeżyła Polska 10 kwietnia 2010 roku, musieliśmy informować widzów na Białorusi nie tylko o strasznym nieszczęściu, które dotknęło sąsiedni kraj. Taka refleksja przyszła, kiedy rozdzwoniły się nasze redakcyjne i prywatne telefony. Dzwonili znajomi i dziennikarze z Białorusi pytając, czy na ulice Warszawy już wyjechały czołgi, a w Polsce wprowadzono stan wyjątkowy? Tymczasem państwo, chociaż straszliwie okaleczone, funkcjonowało w miarę normalnie. Organy władzy też, ponieważ po prostu działały procedury i zasady obowiązujące w demokratycznym państwie prawa — wspomina.

I jak opowiada, pokazanie widzom z Białorusi, że państwo może działać, nawet gdy ginie jego prezydent i wielu przedstawicieli elity politycznej kraju, okazało się niespodziewanym, ale przez to wcale nie mniej ważnym elementem informacyjnej misji Biełsatu.

Archiwalne wydanie „Obiektywu” z 10.04.2010 r.

Podobnie uważa Zmicier Jahorau, obecnie szef działu informacji, wtedy dziennikarz i reporter. Pamięta on szczególnie mobilizację towarzyszącą temu wydarzeniu:

– Pierwszą reakcją było “wszystkie ręce na pokład”. To znaczy: redakcji potrzebni są dziennikarze, a widzom informacje. Po drugie starałem się wyobrazić, jak będzie funkcjonować faktycznie pozbawione głowy państwo. Czy da radę? Czy nie nastąpi czas szaleństwa i pełnej anarchii? – dzieli się swoimi wspomnieniami.

Jego zdaniem sprawne przygotowanie wtedy serwisów informacyjnych było szybko odrobioną lekcją, jak się mobilizować. Refleksje i to nie tylko dotyczące strony zawodowej, przyszły dopiero po emisji ostatnich wiadomości.

– Pamiętam, jak wieczorem oglądałem chyba TVP 1, gdzie po czarnym ekranie pełzły rządki nazwisk zabitych i każde z nich oznaczało ludzkie życie, rozpacz rodziny, największą z możliwych strat — relacjonuje przypominając, że po raz pierwszy w jego życiu taka tragedia zdarzyła się tak blisko.

Aleś Zaleuski dziś nie pracuje już w Biełsacie, wtedy był dziennikarzem i prezenterem. O katastrofie dowiedział się podczas zajęć na Collegium Civitas, a zdruzgotany do redakcji dotarł niejako “na autopilocie”. Potem odbyło się najkrótsze kolegium redakcyjne w jego życiu. Temat był przecież znany. Chodziło tylko o to, jak między siebie go podzielić. Potem każdy zabrał się do pracy. Alesiowi przypadł reportaż z warszawskich ulic.

– To było około godz. 11, kiedy z operatorem i tysiącami Polaków przybyliśmy pod Pałac Prezydencki. Tłum szedł w milczeniu. Słychać było tylko tych, którzy dzielili się ze swoimi znajomymi strasznymi nowinami. Ludzie nie przestawali ciągnąć pod pałac i na wszystkich twarzach widać było jedną emocję — zagubienie.

Zaleuski wspomina dwie ofiary katastrofy, które udało mu się osobiście poznać: prezydenta Lecha Kaczyńskiego i szefa jego kancelarii Władysława Stasiaka.

– Z panem prezydentem poznano mnie dosłownie miesiąc przed tragedią na jednym z wydarzeń poświęconemu ważnej rocznicy dla Solidarności. Podczas bankietu znajomy redaktor przedstawił mnie jako “dziennikarza walczącego za wolność naszych braci na Wschodzie”. Pan prezydent robił wrażenie nadzwyczaj światłego, ciepłego i inteligentnego starszego pana. Zupełnie nie takiego, jakim często go pokazywano w mediach.

Władysław Stasiak w oczach byłego pracownika Biełsatu był człowiekiem zorganizowanym na sposób wojskowy i oddanym sprawie.

– Wtedy pod Pałacem Prezydenckim po raz pierwszy kwestie zawodowe zmieszały się we mnie z poczuciem osobistej straty. To doświadczenie potem pomogło mi się “trzymać” podczas relacjonowania innych dramatycznych wydarzeń już w Mińsku, na Białorusi — podkreśla nasz były dziennikarz.

Dla Alaksieja Dazorcowa, tego dnia prezentera, który prowadził główne wydanie wiadomości w Biełsacie był to pierwszy w jego karierze przypadek tak ekstremalnego tematu, z którym musiał się zmierzyć na żywo. Jednak choć program skierowany był do Białorusinów, on nie miał wątpliwości, że powinien być to temat nr 1. wydania.

– Nie mam co do tego wątpliwości i dziś. Kraj, w którym pracowaliśmy został osierocony i tak czuliśmy. Po wydaniu razem z kolegami poszliśmy pod Pałac Prezydencki. Inaczej nie można było.

Dziennikarzowi zapadło też w pamięć to szczególne zjednoczenie Polaków w obliczu tej tragedii.

– Było widać, że kraj zjednoczony tak wielkim bólem zwycięży w ten ciężki czas – dodaje.

Katastrofa smoleńska była szczególną stratą dla Biełsatu jako instytucji, gdyż na pokładzie rządowego tupolewa zginęli ludzie, którzy przyczynili się do powstania stacji. To prowadzona przez nich polityka wschodnia pozwoliła na stworzenie unikalnego projektu medialnego adresowanego do Białorusinów i innych wschodnich sąsiadów Polski. Dzięki ich ówczesnej wizji trwa on do dziś.

jb/belsat.eu

Wiadomości